TV Miłosierdzie   Radio Miłosierdzie

Ks. dr Marcin Kaznowski SDB, przełożony salezjańskiej inspektorii św. Jacka przewodniczył niedzielnej (29 sierpnia 2021 roku) Mszy świętej „telewizyjnej” i wygłosił homilię.

Homilia:

Dzisiejsza Ewangelia mówi o rzeczy pozornie błahej: obmywaniu kubków. Ale w istocie dotyka ona istoty naszej wiary. Traktuje o rzeczy fundamentalnej: o zbawieniu i o tym, jak się je osiąga.

Gdyby spytać przeciętnego katolika, na czym polega chrześcijaństwo i co jest jego istotą, to klasyczna odpowiedź brzmiałaby: na zachowywaniu przykazań Bożych. Kto zachowa przykazania, zasłuży sobie na niebo, a kto nie – trafi do piekła. Czyli, w pewnym uproszczeniu chrześcijaństwo jawi się jako kontrakt z Bogiem. Coś za coś: „ja Ci, Panie Boże, dobre życie, Mszę świętą niedzielną i post w piątek, a Ty mi w nagrodę niebo za moje starania”.

Problem w tym, że jest to obraz z gruntu fałszywy. Gdyby tak miało być, to chrześcijaństwo nie byłoby na tym świecie niczym oryginalnym. Byłby to po prostu jeszcze jeden system etyczny – zbiór zakazów i nakazów, kar i nagród – których to systemów, prawnych i religijnych, jest całe mnóstwo (wiele z nich starszych niż samo chrześcijaństwo). Wszystkie religie posiadają jakieś normy moralne i tak naprawdę są w tym do siebie bardzo podobne: „staraj się być dobry, pracuj nad sobą, przestrzegaj zasad, a osiągniesz zbawienie”, tak czy inaczej rozumiane. Tak też było z judaizmem. Słyszeliśmy dzisiaj w pierwszym czytaniu: „Wypełnijcie prawa i nakazy, abyście żyli i doszli do posiadania ziemi, którą wam daje Pan, Bóg waszych ojców”.

Tymczasem nie tak ma się sprawa z chrześcijaństwem. Wprowadza ono prawdziwy wyłom: głosi mianowicie, że żaden człowiek, w stanie upadku ludzkiej natury po grzechu pierworodnym, nie jest w stanie zachować przykazań Bożych. A tym samym nie jesteśmy w stanie w żaden sposób „zasłużyć” sobie na zbawienie. Orędzie chrześcijaństwa (dobra nowina!) jest takie: Chrystus, widząc nasza słabość, zbawił nas za darmo, bez naszych zasług, niezależnie od zachowywania przykazań.

Warto w tym momencie zrobić pewną wycieczkę historyczną i cofnąć się do przełomu IV i V w., do czasów sporu, jaki zaistniał między dwoma ciekawymi ludźmi i wybitnymi teologami: Pelagiuszem i Augustynem. Był to w ogóle jeden z najciekawszych sporów w historii Kościoła i jeden z najbardziej brzemiennych w skutki.

Pelagiusz miał optymistyczną wizję natury ludzkiej i mówił tak: jeśli człowiek zechce, jeśli się zmobilizuje, jeśli będzie ćwiczył się w cnocie, to zachowa przykazania, jeśli nie – to nie będzie ich przestrzegał (inicjatywa jest tu po stronie człowieka). Augustyn natomiast był pesymistą. Uważał, że człowiek po pierwszym upadku jest tak słaby, że żadną miarą nie jest w stanie własnymi siłami sprostać wymaganiom świętości. Potrzebuje do tego darmowej łaski Bożej, która to łaska dopiero uzdolni go do upodabniania się do Chrystusa (inicjatywa leży tu więc po stronie Boga).

Cała rzecz polega na tym, że w tym sporze Kościół przyznał rację Augustynowi, a potępił tezy Pelagiusza. To Augustyn okazał się realistą, gdyż wypowiedział prawdę o człowieku. Gdyby chcieć poszukać tu jakiejś analogii, można by powiedzieć, że nasza kondycja duchowa nie przypomina jakiegoś względnie zdrowego człowieka, który może utrzymać się w formie, byle tylko pamiętał o zdrowym trybie życia, codziennym spacerze i diecie. Przypomina raczej człowieka śmiertelnie chorego, którego może uleczyć tylko wybitny lekarz. Kościół powie nawet więcej: byliśmy umarli z powodu grzechów i niezdolni zbliżyć się do Boga.

Problem polega na tym, że mimo że poglądy Pelagiusza zostały potępione, trzymają się one wciąż mocno, i to wewnątrz Kościoła. Papież Franciszek w adhortacji „Gaudete et exsultate” uznał neopelagianizm (współczesną wersję pelagianizmu) za jednego z największych wrogów świętości. Pisze on tak: „neopelagianie liczą tylko na własne siły i stawiają siebie wyżej od innych, ponieważ zachowują określone normy albo ponieważ są niewzruszenie wierni pewnemu katolickiemu stylowi czasów minionych. Przejawia się to w wielu postawach: np. w obsesji na punkcie prawa, ostentacyjnej trosce o liturgię, o doktrynę czy prestiż Kościoła”.

Mówiąc krótko, wielu chrześcijan – zazwyczaj mających o sobie wysokie mniemanie - żyje w przeświadczeniu, że przez spełnienie określonych praktyk, zwyczajów, czy norm zyskają uznanie w oczach Bożych. Są niestety w błędzie.

Powróćmy więc do początkowego pytania: co jest najważniejsze w chrześcijaństwie? Na pewno nie są to przykazania, nie prawo, nie dekalog. Dekalog, choć czcigodny, przynależy do ekonomii Starego Testamentu, który mówił: „jeśli zachowasz przykazania, będziesz zbawiony”. Nowy Testament mówi co innego: „Chrystus Cię zbawił – za darmo i niezależnie od przykazań”. Jeżeli zjednoczysz się z Chrystusem, który jest miłością, będziesz w stanie sam żyć miłością do drugiego człowieka, a przez to - uwaga - zachowasz przykazania(!), nawet nie zdając sobie z tego sprawy, bo nie ty to będziesz czynił, tylko łaska Boża w tobie.

Następuje tu odwrócenie kierunku o 180 stopni. Stary Testament głosił: „od przykazań do Boga”, Nowy Testament mówi: „od Boga do przykazań”. Przez dobre uczynki nie zasługujemy sobie na niebo, tylko co najwyżej nieudolnie spłacamy dług wdzięczności, jaki zaciągnęliśmy u Pana.

W porządku ustalonym przez Jezusa nie ma już wielu przykazań, jest tylko jedno przykazanie miłości, rozumianej oczywiście nie jako uczucie, ale jako pragnienie dobra dla drugiego człowieka. Dekalog już „nie obowiązuje”, bo zastąpiło go jedno nowe przykazanie miłości Boga i bliźniego. A raczej: dekalog obowiązuje tylko dlatego, że nie ma w nim nic sprzecznego z przykazaniem miłości.

Dlatego św. Paweł napisał: „kto miłuje bliźniego, wypełnił Prawo; miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa (Rz 13, 8.10); bo całe Prawo wypełnia się w tym jednym nakazie: będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” (Ga 5, 14).

Dlatego też wspomniany św. Augustyn mógł wypowiedzieć bardzo ryzykowne słowa: „kto żyje miłością, ten nie potrzebuje przykazań”. „Kochaj i rób co chcesz”, mówił Augustyn w innym miejscu.

Nietrudno się domyśleć, że takie postawienie sprawy budzi u wielu zgorszenie i autentyczny lęk. Jak to – nie ma już żadnych przykazań, żadnych norm? Wszystko wolno? Taka nauka brzmi bardzo niebezpiecznie, bo podejrzanie pachnie liberalizmem i hasłem „róbta co chceta”, grozi zachwianiem porządku nie tylko w Kościele ale i w społeczeństwie.

Te zarzuty wcale nie są nowe: nie jest przypadkiem, że Jezus został osądzony i zabity właśnie jako ten, który nie zachowywał prawa i jako burzyciel porządku społecznego. A jednak to Jezus miał rację: jeżeli ktoś nie żyje miłością, ryzykuje, że swoje życie wiary zamieni w zbiór pustych rytuałów.

Taki był właśnie problem faryzeuszy: byli oni przekonani, że jeśli obmyją przed jedzeniem rytualnie kubek i dłoń, to będą w porządku, będą „correct” i zapewnią sobie Bożą przychylność. Nazywali to wiernością „tradycją starszych”. Również dziś wielu powołuje się na „tradycję starszych”, mówiąc, że tylko tak można sprawować liturgię, tylko tak można przyjmować Komunię Świętą, itd… A kto czyni inaczej - jest nieczysty. Stąd już tylko krok do potraktowania czynności świętej jako amuletu, a religii jak magii. Mamy tu też do czynienia ze swoistym bałwochwalstwem: to już nie Bóg nas zbawia, tylko określony rytuał, który zresztą sami ludzie sobie stworzyli, a który może stać się bożkiem w miejsce Boga żywego. „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi”, mówi dziś Jezus.

W tym kontekście możemy być wdzięczni koronawirusowi za to, że siłą rzeczy zmusił nas do korekty naszych przyzwyczajeń religijnych. Bo można być tzw. porządnym katolikiem, zachowywać wszystkie przykazania i zwyczaje, i jednocześnie być człowiekiem, z którym nie da się żyć, i który nie ma wiele wspólnego z Bogiem.

Apostoł Jakub pisze dziś: „Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca jest taka: opiekować się sierotami i wdowami w ich utrapieniach”. Istotą religijności nie jest zatem taki czy inny ryt, tylko miłość miłosierna. Ostatecznie tylko miłość się liczy. To wezwanie do miłosiernej miłości chyba nigdzie nie brzmi tak mocno, jak tu, na Łagiewnikach.

Jezus relatywizował wszystkie prawa z wyjątkiem miłości. Za to jego rodacy – ludzie wszak pobożni - wydali go na śmierć jako człowieka niebezpiecznego. Dziś za konsekwentne przypominanie, że liczy się tylko miłość, biczowany jest – i to przez ludzi Kościoła - Ojciec Święty Franciszek, oskarżany właśnie o to, że nie trzyma się „tradycji starszych”. Tenże papież Franciszek mówi: „tradycja to nie adorowanie popiołów, lecz podtrzymywanie ognia”. Te dwie czynności dla zewnętrznego obserwatora mogą wydać się bardzo podobne. Ale w rzeczywistości chodzi w nich o coś zupełnie różnego.

Na koniec - jeszcze jeden wątek z dzisiejszych czytań. Jezus mówi: „nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym”. Jest to dla nas jeszcze jedna dobra nowina, która mówi, że okoliczności zewnętrzne, w jakich żyjemy, są drugorzędne i mają tylko ograniczony wpływ na naszą relację z Bogiem. Chrystus może człowieka zbawić w każdych warunkach: i wtedy, kiedy Kościół jest prześladowany, i wtedy, kiedy jest ziemskim mocarstwem; i w kraju demokratycznym i w autorytarnym; i w czasie wojny i w czasie pokoju. Relacja człowieka z Bogiem jest bowiem czymś na tyle osobistym i na tyle mocnym, że warunki zewnętrzne nie są w stanie na nią w decydujący sposób wpłynąć.

To nie z zewnątrz, ale z wnętrza człowieka wychodzą rzeczy, które ewentualnie mogą utrudnić zbawienie. Oby więc z naszego wnętrza wychodziła tylko miłość.