TV Miłosierdzie   Radio Miłosierdzie

O kapłaństwie wiernym

Ks. prof. Krzysztof Pawlina, rektor Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie Collegium Joanneum przewodniczył w niedzielę (14 czerwca 2020 roku) porannej Mszy świętej w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.

Ks. Pawlina nawiązał do Ewangelii i przypomniał, że kapłaństwo nie jest pomysłem ludzkim, ale to Chrystus postanowił wybrać niektórych ludzi i włożył w ich ręce trzy dary, którymi powinni dzielić się ze światem. - To są dary od Boga, ale rozdawanie namaszczonymi rękami kapłanów – podkreślił i dodał, że pierwszym darem jest Ofiara. - Ofiara Chrystusa na krzyżu zamknięta dzisiaj w kawałku eucharystycznego Chleba. Ona daje nam wszystkim życie wieczne. Bóg sam walczy o nasze życie i pragnie, aby kapłani składali tę ofiarę i rozdawali ludziom Chleb życia wiecznego – powiedział kaznodzieja.

Kapłan dał osobiste świadectwo i opowiedział o doświadczeniu, kiedy w czasie wakacji odprawił niespodziewanie Mszę świętą, gdy na nią nie dotarł inny kapłan. - Kapłaństwo niespodziewanie potrzebne. Wieczorem ucałowałem miejsca moich dłoni, które kiedyś były namaszczone podczas święceń. (…) A później w modlitwie do Boga powiedziałem: „Panie, jestem. Zawsze prowadź tam, gdzie potrzeba Ciebie uobecniać”– wyznał.

Jak mówił ks. Pawlina, drugi Boży dar, który niosą kapłani to Ewangelia, światło naszego życia, przepowiadanie Słowa Bożego. - Mówić o Bogu rozkrzyczanemu światu... Jak to robić dzisiaj? - pytał. - Dziś jest tyle słów, które są komentarzem, opinią, czasem mędrkowaniem, ale nie słowem Boga. Dlatego trzeba najpierw zamilczeć, uklęknąć, usłyszeć i dopiero głosić – wskazał kaznodzieja.

Kapłani niosą również trzeci dar – miłosierdzie dla świata. - To miłosierdzie przywraca nam nie tylko wiarę w życie wieczne, ale zaprasza również, by ocierać ludzie łzy – mówił i dodawał, że trzeba dziś powoli, z troską ocierać ludzkie rany. - Kościół został powołany by, wpatrywać się w niebo, ale także po to, by zaradzić wszystkim nieszczęściom, które ranią człowieka. Im dłużej wpatrujemy się w niebo, tym więcej widzimy bolesnych cierni. A może oczy się nam zmęczyły? Za mało patrzący w Boga i niedowidzący potrzeby innych ludzi – mówił.

Aby być wiernym Bożemu wybraniu i posługiwać ludziom tymi darami, które powierzył nam Chrystus, trzeba się dzisiaj namęczyć – kontynuował ks. Pawlina. - Zmieniły się czasy, zmieniły się sposoby męczeństwa i trzeba nam powiedzieć, że jest męczeństwo krwi, ale jest też męczeństwo ducha i wielu cierpi duchowe udręki, aby dochować wierności, by być wierzącym, uczciwym człowiekiem. Nas nie ścigają dzisiaj prześladowcy i może nie grozi nam śmierć za wiarę. Jednak wieje wokół nas wiatr wydmuchujący szlachetne postanowienia, pragnienie świętości, a nawet pragnienie nieba. I żeby je w sobie utrzymać, trzeba się niekiedy namęczyć. Tej walki nie widać, bo ta walka dokonuje się w duszy, ale trzeba ją podejmować, by zachować szlachetność i dobroć. I właśnie ten wysiłek bywa dla nas męczarnią. Być przyzwoitym człowiekiem.

Ks. Pawlina opowiedział o kapłanie, który walczył o swoje kapłaństwo, o siebie. - Powiedział mi kiedyś: „odmawiając Brewiarz, uderzył mnie werset Psalmu 16, który brzmi tak – 'wzbudził On we mnie miłość przedziwną'. Ten werset poruszył mnie do głębi. I chcę być wierny tej miłości. Dlatego na biurku przy krzyżu postawiłem sobie małą karteczkę z napisem: będą zawsze stawiał sobie Pana przed oczy”. I pytam go: pomaga ci. Bardzo. Kiedy uderza we mnie świat ze swoimi pokusami, powtarzam zawsze: będę zawsze stawiał sobie Pana przed oczy... Bezkrwawa walka o miłość przedziwną – powiedział kaznodzieja.

Kończąc homilię ks. Pawlina podsumował: - Będę zawsze stawiał sobie Pana przed oczy... Z taką miłością każda walka jest do wygrania. I w takiej miłości te trzy dary: ofiara, Ewangelia i miłosierdzie, złożone w ręce kapłanów są bezpieczne. A wtedy wszyscy doświadczamy Kościoła wrażliwego, wiernego Chrystusowi i spieszącego z pomocą. Oto Chrystus w swoim Kościele

Małgorzata Pabis

Publikujemy pełną treść homilii ks. prof. Krzysztofa Pawliny 

Ewangelia dzisiejsza przypomina, że kapłaństwo nie jest ludzkim pomysłem. To Chrystus postanowił wybrać niektórych ludzi i włożył w ich ręce trzy dary, którymi powinni dzielić się ze światem. To są dary od Boga ale rozdawane namaszczonymi dłońmi kapłanów.

Pierwszy dar to ofiara. Ofiara Chrystusa na krzyżu, zamknięta dzisiaj w kawałku Chleba Eucharystycznego daje nam wszystkim życie wieczne. Bóg sam walczy o nasze życie. Pragnie, aby kapłani składali tę ofiarę i rozdawali ludziom chleb życia wiecznego. Sam doświadczyłem takiej sytuacji kiedy ludzie szukali tego chleba i nie mogli go otrzymać.

Spędziłem kilka dni wakacyjnych na Malcie. Była sobota – dzień Matki Bożej. Po południu wybrałem się z kolegą do sanktuarium Matki Bożej w Mellieha. Jest tam Grota Madonny, która miał odwiedzić apostoł Paweł. Fresk przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem Jezus namalował według przekonań apostoł Łukasz. Rzeczywiście miejsce szczególne. Przed godziną osiemnastą do groty zaczęli przychodzić ludzie. Zebrało się ich może około trzydziestu. Po zachowaniu i wymianie zdań zrozumiałem, że wszyscy ci ludzie to albo rodzina, albo znajomi. Wyglądało na to, że przyszli na Mszę św. Prowadzony ciekawością powiedziałem do kolegi – zostańmy jeszcze trochę, zobaczymy jak tu się ludzie modlą.

Wybiła godzina 18.00 ale Msza się nie rozpoczęła. Dziesięć minut później też nie. Zgromadzeni zaczęli coś do siebie szeptać, ale czekali. Po dwudziestu minutach wyszedł jakiś człowiek z zakrystii i rozkładając ręce powiedział – Mszy św. nie będzie. Proboszcz zapomniał i wyjechał. Nie ma księdza. Podniosły się głosy oburzenia, a właściwie krzyk. 

Nie wiem jak się to stało – ale spontanicznie bez zastanowienia wstałem i zapytałem – nie macie księdza? Ja jestem księdzem. Przepraszam, że tak wyglądam, ale jestem księdzem. Mogę wam odprawić tę Mszę św.. Wszyscy umilkli, ale czułem ten wzrok niedowierzania, bo rzeczywiście nie wyglądałem na księdza – w T-shircie i krótkich spodniach. Nie mam żadnego dokumentu przy sobie ale jestem księdzem z Polski tu na wakacjach i dlatego tak wyglądam jak turysta.

No jeśli ksiądz może to prosimy. Wszedłem do zakrystii, gdzie musiałem dalej udowadniać, że jestem księdzem. Wyniosłem mszał do ołtarza, zacząłem przygotowywać ołtarz i słyszę jak ktoś z rodziny mówi półgłosem - to jest ksiądz. Widać, że jest obeznany. 

Rozpocząłem Mszę św. w sporych emocjach. Przeczytałem ewangelię, a w niej opis ustanowienia dwunastu apostołów. Właśnie tę Ewangelię, którą dzisiaj czytamy. Po odczytaniu mówię do nich: usiądźcie na chwilę. Powiedziałem wtedy tak: przyszliście na Mszę św. w rocznicę zmarłej 17 letniej dziewczyny. Okazało się, że nie ma księdza. Nie ma kto odprawić Mszy św. za waszą córkę, za kogoś wam bliskiego. Pan Jezus chcąc być zawsze z nami – ustanowił apostołów. Dlatego macie dzisiaj Mszę św. bo Pan Jezus kilka lat temu ustanowił mnie księdzem, aby nigdy go ludziom nie brakło. Kiedy wydawało się, że Go nie ma – jest ksiądz. Niespodziewanie ujawnił się, aby Jezus był do waszej dyspozycji. 

Patrzę a oni płaczą. Sam się wzruszyłem. Pomyślałem sobie – może dla ratowania tej sytuacji zostałem w ogóle księdzem. Ksiądz niespodziewanie potrzebny. Po Mszy św. przyszło do zakrystii kilkoro z nich. Próbowali mi jakoś podziękować – ktoś płakał, ktoś otwierał portfel, ktoś już trzymał 100 euro w ręku. Stałem pośród nich z jednym słowem – ja nic nie chcę. Sam jestem szczęśliwy, że mogłem wam posłużyć. Ledwie się wybroniłem od próby wynagrodzenia. 

W pewnym momencie do zakrystii weszli starzy ludzie, rodzice zmarłej. Obroniłem się przed całowaniem ręki, ale rozpłakałem się kiedy mama podnosząc ciepłe spojrzenie zapytała – czy księdzu czegoś nie potrzeba? Rozejrzała się po rodzinie i powiedziała – zapamiętajcie tego księdza. 

Długo żegnaliśmy się z całą rodziną. 

Wreszcie zostaliśmy sami z kolegą – żaden z nas nie miał odwagi zacząć rozmowy. Wszystko było takie piękne i tajemnicze, że nie chcieliśmy tego zepsuć.

Kapłaństwo niespodziewanie potrzebne.

Wieczorem ucałowałem te miejsca moich dłoni, które były namaszczone podczas święceń.

Mellieha – sanktuarium w skałach wybrzeża. Tam się na coś przydałem. 

A później w modlitwie powiedziałem do Boga: Panie jestem – zawsze wołaj, gdzie potrzeba Ciebie uobecniać. 

Drugi Boży dar, który kapłani niosą w swoim powołaniu to Ewangelia, światło naszego życia. Przepowiadanie Słowa Bożego. Tyle dziś słów i opinii. Jak w tym wszystkim usłyszeć Boga, Jego Słowo?

W muzeum Narodowym w Warszawie w centralnym miejscu wystawy z Faras umieszczono fresk św. Anny – matki Najświętszej Maryi Panny. Św. Anna ukazana jest tam jak kładzie palec na ustach na znak milczenia. Przewodnicy opowiadają zwiedzającym, że gest ten oznacza sacrum conversatorium. Kiedy milkną usta, rozpoczyna się święta rozmowa. Kiedy milkną słowa, dusza rozmawia z Bogiem.

„Bardziej niźli w rozmowach Bóg przemawia w ciszy i kto w sercu umilknie, zaraz go usłyszy” powiada Adam Mickiewicz. 

Czy milczenie jest takie ważne? Przecież każdego dnia oczekuje się od nas pouczenia, rady, opinii na jakiś temat. Czy milczenie nie będzie oznaczało wycofania się z pierwszych szeregów duszpasterstwa? Przecież ci, którzy milczą, nie istnieją. Istotnym wydaje się słow. Ale milczenie jest czymś większym niż słowo. Wtedy nie jest się komentatorem pośród innych mędrców tego świata. Wtedy kapłan staje się świadkiem sacrum conversatorium. I już nie mówi tego, co myśli na temat świata, lecz co na ten temat mówi Bóg. 

Mówić o Bogu rozkrzyczanemu światu. Jak?

W Pinakotece Brera w Mediolanie znajduje się wizerunek św. Tomasza z 1545 roku autorstwa Bedoliego. Namalował on św. Tomasza w szczególnym ujęciu. Otóż święty, zapatrzony w Jezusa na krzyżu, pisze piórem swoje refleksje w rozłożonym notatniku. Klęczy przed Panem, medytuje Pana i pisze o Panu. 

Poniżej słowa: Bene scripsiti de me Thoma - Dobrze o mnie napisałeś, Tomaszu.

Pochwała od samego Pana. Pochwała dla teologa wszechczasów. 

Suma teologiczna św. Tomasza to szczyt zjednoczenia z Bogiem i forma literacka ukazująca kim Bóg jest. Pokolenia czerpią z tej Sumy Teologicznej, aby dać odpowiedź na pytanie: kim jest Bóg?

Dobrze o Mnie napisałeś, Tomaszu… A słowa twoje brzmią do dziś.

Kapłani niosą również trzeci dar Boga – miłosierdzie dla świata. To miłosierdzie przywraca nam nie tylko wiarę w życie wieczne, ale zaprasza by również dzisiaj ocierać ludzkie łzy. Cierpienie człowieka, ma również wymiary głodu, choroby, niedostatku, niesprawiedliwości. Trzeba powoli, cierpliwie opatrywać ludzkie rany.

Neapolitański malarz XV wieku, namalował św. Hieronima w swojej pracowni. Przy otwartej Biblii i księgach komentarzy siedzi św. Hieronim. Co robi? Wyciąga z łapy lwa kolec. Wyjmuje go, aby zwierzę nie cierpiało. Wrażliwy teolog. Na dodatek malarz symbolicznie namalował kapelusz kardynalski leżący na uboczu. 

Nie godność, nie zaszczyty, ale Bóg i wrażliwość na potrzeby były motywem jego życia.

Uwierający kolec.

Ilu ludzi dziś nosi w sobie zadrę. Im dłużej nosimy – tym bardziej bolesna i raniąca.

Kto ją wyjmie, i z jaką delikatnością?

Kościół został powołany by wpatrywać się w Niebo, ale również by tutaj na ziemi zaradzić tym wszystkim nieszczęściom, które ranią człowieka.

Im dłużej wpatrujemy się w niebo, tym więcej widzimy bolesnych cierni. A może nam się oczy pomęczyły. Za mało wpatrzeni w Boga i niedowidzący potrzeby ludzi.

Aby być wiernym Bożemu wybraniu i posługiwać ludziom tymi darami, które powierzył nam Chrystus trzeba się dziś namęczyć. 

Zmieniły się czasy, zmieniły się sposoby męczeństwa. Jest męczeństwo krwi, ale jest też męczeństwo duchowe. Wielu cierpi duchowe udręki, aby dochować wierności, być wierzącym, uczciwym, dobrym człowiekiem. Nas nie ścigają dziś prześladowcy, nie grozi nam śmierć za wiarę, jednak wieje wokół nas silny wiatr wydmuchujący szlachetne postanowienia, pragnienia świętości i marzenia Nieba. Żeby je w sobie utrzymać, trzeba się niekiedy namęczyć. Tej walki nie widać, bo ona toczy się w duszy. Ale trzeba ją podejmować, aby zachować szlachetność i dobro. Właśnie ten wysiłek często bywa dla nas męczarnią.

Oto wiersz znaleziony po śmierci jednego z biskupów w jego brewiarzu:

Gdy budzę się rano mówię:

Jak celnik Zacheusz będę rozdawać...

Jak Szymon będę nosić krzyż innych...

Jak Weronika będę ocierać twarze...

Jak Szczepan dam się kamienować...

Jak Jezus na krzyżu będę przebaczać...

Wieczorem spoglądam w lustro

Widzę...

Adama, który dopiero co zjadł owoc...

Kaina, który dopiero co zabił...

Judasza, który dopiero co zdradził...

Piotra, który dopiero co się zaparł...

Piłata, który dopiero co obmywa ręce...

I zasypiam na mokrej od łez poduszce

A w nocy przychodzi Jezus i pyta

Miłujesz mnie?”

Jeden z moich przyjaciół księży znalazł sobie własny sposób na walkę o siebie. Mówi: „W Wielkim Poście, odmawiając brewiarz, uderzył mnie werset Psalmu 16, który brzmi tak: «Wzbudził On we mnie miłość przedziwną». Ten werset poruszył mnie do głębi: «Wzbudził miłość przedziwną...». Chcę być wierny tej przedziwnej miłości. Dlatego na biurku przy krzyżu postawiłem małą karteczkę z napisem: «Będę zawsze stawiał sobie Pana przed oczy»”. Pytam go: „Pomaga ci to?”. „Bardzo. Kiedy uderza we mnie świat ze swoimi pokusami, powtarzam w myśli: «Będę zawsze stawiał sobie Pana przed oczy»”.

Bezkrwawa walka o miłość przedziwną. Skojarzyło mi się to jego postanowienie z ludźmi zakochanymi, którzy często umieszczają na tapecie komórek, komputerów zdjęcie ukochanej osoby. Ilekroć dzwoni telefon czy włączamy komputer, ukazuje się osoba kochana.

«Będę zawsze stawiał sobie Pana przed oczy». Z taką miłością każda walka jest do wygrania.

W takiej miłości te trzy dary: ofiara, Ewangelia i miłosierdzie złożone w ręce kapłanów są bezpieczne. A wtedy doświadczymy Kościoła wrażliwego, wiernego Chrystusowi i spieszącego z pomocą. 

Oto Chrystus w swoim Kościele.