TV Miłosierdzie   Radio Miłosierdzie

Potrzebujemy odnowy, powrotu do źródła

W pierwszy czwartek miesiąca (7 maja 2020 roku) w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia ks. dr hab. Stanisław Witkowski MS, adiunkt w Katedrze Egzegezy Nowego Testamentu UPJPII sprawował Mszę św. w intencji kapłanów oraz o powołania kapłańskie. - Potrzebujemy odnowy, powrotu do źródła. Gdy Jezus będzie w nas żył, wówczas Jego postawy staną się naszymi postawami. Sługa bowiem nie jest większy od swego Pana. Wiedząc to – mówi Pan Jezus – będziemy błogosławieni, czyli szczęśliwi – powiedział kapłan.

W homilii ks. Witkowski przypomniał czytanie z Dziejów Apostolskich, w którym dowiadujemy się, że św. Paweł w swojej misyjnej działalności dotarł do Perge (dzisiejsza Turcja). - Tam w synagodze, zanim ogłosił Izraelitom Jezusa – Zbawiciela, przypomniał im w telegraficznym skrócie ich historię obejmującą: Egipt, pobyt na pustyni, czas sędziów i królów, ze szczególnym uwzględnieniem Dawida. Etapy tej historii powtarzają się także w naszym życiu – zauważył.

Kaznodzieja wyliczył te etapy: czas udręki, pustyni, królewski. - Wówczas jego władcy nie wytrzymywali próby bycia u szczytu władzy. Odchodzili od Boga. Bóg odrzucił Saula jako króla, ale nie jako człowieka. Dawida odbudował wewnętrznie, chociaż władca ten popełnił morderstwo i cudzołóstwo. Widząc jednak jego skruchę, Bóg przywrócił mu niewinność i wielkość. Salomon stał się uniwersalny, otworzył się na obce kulty. Jego królestwo jednak się ostało, ze względu na jego ojca Dawida. Dopiero później uległo podziałowi i bratobójczym walkom. Czas królewski jest niebezpieczny także i w naszym życiu. Może zrodzić w nas niezależność od Boga, czyli najgorszy z możliwych stanów ducha. Najczęściej wtedy dochodzi do jakiś poważnych upadków. Jedynie skrucha przed Bogiem okazuje się wówczas jedynym lekarstwem, który przywraca jasne, dziecięce oczy – mówił.

Ks. Witkowski zauważał, że historia Izraela zmierzała do swego punktu centralnego, kulminacyjnego, czyli do Jezusa Chrystusa, który dał początek chrześcijaństw. - Dlatego mamy wracać do źródła, jeśli chcemy żyć jak chrześcijanie. Cała nasza misja streszcza się w dzisiejszej Ewangelii, która jest kontynuacją sceny umycia nóg. W Izraelu nigdy się nie zdarzało, aby nauczyciel umywał swoim uczniom nogi. Owszem niekiedy, uczniowie kierując się wdzięcznością, umywali nogi swemu mistrzowi. Gdy przybywał gość do domu, wówczas mógł mu umyć nogi niewolnik, ale nie hebrajskiego pochodzenia. Dla niewolnika – Hebrajczyka byłoby to bowiem zbyt wielkie upokorzenie. Jezus jako Pan wszechświata i Nauczyciel narodów wykroczył ponad porządek uczty paschalnej. Zniżył się do stóp swoich uczniów. Umył nogi także Judaszowi, swemu zdrajcy. Odsłonił nam prawdziwe oblicze Ojca Niebieskiego, który już w historii Izraela pochylał się nad swoim ludem. Ojcowska miłość objawiona w Jezusie uniża się do tego stopnia, że umywa grzesznemu człowiekowi nogi. Bóg zszedł więc z poziomu Stwórcy, niedostępnego Władcy i stał się sługą zwykłych śmiertelników – wyjaśniał.

Kończąc homilię kaznodzieja powiedział: - Mając tak żywy przykład, jak moglibyśmy pogrążać się w pysze i dystansować od ludzi, dlatego że inaczej myślą, pachną, należą do niższej warstwy w społeczeństwie. Jak moglibyśmy mieć „muchy w nosie” i pielęgnować w sobie uprzedzenia do kogoś, kto prosi nas o wybaczenie, albo kolejny raz upadł. Oddaliliśmy się od ducha prawdziwego chrześcijaństwa. Nasze relacje z drugimi często nie są oparte na pokorze, uniżeniu, lecz na demonstrowaniu naszej pseudo-wielkości. Prawdziwą wielkością jest według Ewangelii dobrowolna służba. „Bycie kimś” według świata, zostaje w Ewangelii podporządkowane „byciu dla”, czyli służbie. Jezus sam o sobie mówi, że jest dosłownie „służący”. Maryja, gdy zjawiła się w La Salette, miała na sobie fartuch jako znak gotowości do służby. Ewangelia zderza się ze światem. W starożytnej Grecji gardzono pracą, do której używano fartucha. Ceniono natomiast sam intelekt. Obyśmy nie ulegli tej mentalności.

Małgorzata Pabis

Publikujemy pełną treść homilii ks. Stanisława Witkowskiego MS

W pierwszym czytaniu z Dziejów Apostolskich dowiadujemy się, że Paweł w swojej misyjnej działalności dotarł do Perge (dzisiejsza Turcja). Tam w synagodze, zanim ogłosił Izraelitom Jezusa – Zbawiciela, przypomniał im w telegraficznym skrócie ich historię obejmującą: Egipt, pobyt na pustyni, czas sędziów i królów, ze szczególnym uwzględnieniem Dawida.

Etapy tej historii powtarzają się także w naszym życiu. Egipt po hebrajsku brzmi „micraim”. Słowo to zawiera w sobie udrękę (cara). Każdy z nas ma doświadczenie udręki. Sami nie potrafimy się z niej wyzwolić. Obok nas albo w nas pojawia się jakiś faraon, który nas uciska. Może nim być choroba, przymusowa izolacja, natrętne myśli, widmo utraty pracy, czyjś trudny charakter.

Bóg nie zostawił swego ludu w udręce. Gdy uciemiężeni wołali, przyszedł im z pomocą. W księdze Wyjścia czytamy: „Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie, znam jego uciemiężenie… Zstąpiłem, aby go wyrwać z ręki Egiptu” (Wj 3,8). Tekst ten tchnie wielką nadzieją. Jest jakaś miara udręczenia. Jeśli wytrwale będziemy wołać, zostaniemy uwolnieni od naszych udręk.

W życiu wydarza się także „pustynia”. Izraelici przebywając na niej, popadli w zniechęcenie. Nie mieli chleba ani wody. Znów wołali do Boga i zostali wysłuchani. Bóg zesłał im przepiórki, wydobył wodę ze skały. Nie podobało Mu się jednak narzekanie ludu.

Niekiedy zdarza się, że nie mamy tego, co koniecznie potrzebujemy. Wychodzi z nas gniew, pretensje do wszystkich, którzy są wokół nas. Stajemy się nawet oskarżycielami Boga, że trwa w milczeniu, a może nawet wątpimy w Jego istnienie.

Boża opatrzność zawsze czuwa nad nami. Nieraz się spóźnia – jak ktoś zauważył – o 15 minut, abyśmy się przekonali o naszej słabej wierze. Granica między wiarą a niewiarą jest płynna. Z wierzących łatwo możemy stać się wątpiącymi. Bóg jednak reaguje, bo nas kocha. Za każdą pomocną dłonią wyciągniętą w naszą stronę, kryje się Jego dłoń.

W naszej ludzkiej historii przeżywamy także czas sędziów, który jest związany znów z uciemiężeniem, będącym konsekwencją odejścia od Boga.

Gdy Izraelici rezygnowali z Boga, tracili władzę nad swymi ziemiami. Pojawiał się wróg, który ich łupił i prześladował. Ich drogi opustoszały, zanikło życie w osiedlach, jak czytamy w Księdze Sędziów (por. Sdz 5,6-7). Wówczas znów wołali do Pana, który posyłał im sędziego – wybawiciela (np. Samsona).

Gdy odchodzimy od Boga, poznajemy to w skutkach. Przestajemy mieć władzę nad sobą, popadamy w uzależnienia, zaczynamy bać się ludzi. Przyszłość staje się w naszych oczach coraz bardziej ciemna. Natomiast, gdy odkrywamy własną bezsilność i szukamy pomocy w Bogu, znów odsłania się przed nami Jego potężne zbawcze ramię. Po czasie wewnętrznych walk, przychodzi wewnętrzny pokój. Łańcuchy, które nas krępowały, opadają. Jest to efekt otwarcia drzwi Bogu, aby mógł w nas działać.

W życiu jest też czas królewski. Izrael jako naród niepodzielony, posiadał trzech królów: Saula, Dawida i Salomona. W kraju wzrastał dobrobyt. Z Izraelem zaczęto się liczyć na arenie międzynarodowej. Wówczas jego władcy nie wytrzymywali próby bycia u szczytu władzy. Odchodzili od Boga. Bóg odrzucił Saula jako króla, ale nie jako człowieka. Dawida odbudował wewnętrznie, chociaż władca ten popełnił morderstwo i cudzołóstwo. Widząc jednak jego skruchę, Bóg przywrócił mu niewinność i wielkość. Salomon stał się uniwersalny, otworzył się na obce kulty. Jego królestwo jednak się ostało, ze względu na jego ojca Dawida. Dopiero później uległo podziałowi i bratobójczym walkom.

Czas królewski jest niebezpieczny także i w naszym życiu. Może zrodzić w nas niezależność od Boga, czyli najgorszy z możliwych stanów ducha. Najczęściej wtedy dochodzi do jakiś poważnych upadków. Jedynie skrucha przed Bogiem okazuje się wówczas jedynym lekarstwem, który przywraca jasne, dziecięce oczy.

Historia Izraela podobnie zmierzała do swego punktu centralnego, kulminacyjnego, czyli do Jezusa Chrystusa,

Chrystus dał początek chrześcijaństwu, dlatego mamy wracać do źródła, jeśli chcemy żyć jak chrześcijanie. Cała nasza misja streszcza się w dzisiejszej Ewangelii, która jest kontynuacją sceny umycia nóg.

W Izraelu nigdy się nie zdarzało, aby nauczyciel umywał swoim uczniom nogi. Owszem niekiedy, uczniowie kierując się wdzięcznością, umywali nogi swemu mistrzowi.

Gdy przybywał gość do domu, wówczas mógł mu umyć nogi niewolnik, ale nie hebrajskiego pochodzenia. Dla niewolnika – Hebrajczyka byłoby to bowiem zbyt wielkie upokorzenie.

Jezus jako Pan wszechświata i Nauczyciel narodów wykroczył ponad porządek uczty paschalnej. Zniżył się do stóp swoich uczniów. Umył nogi także Judaszowi, swemu zdrajcy. Odsłonił nam prawdziwe oblicze Ojca Niebieskiego, który już w historii Izraela pochylał się nad swoim ludem.

Ojcowska miłość objawiona w Jezusie uniża się do tego stopnia, że umywa grzesznemu człowiekowi nogi. Bóg zszedł więc z poziomu Stwórcy, niedostępnego Władcy i stał się sługą zwykłych śmiertelników.

Mając tak żywy przykład, jak moglibyśmy pogrążać się w pysze i dystansować od ludzi, dlatego że inaczej myślą, pachną, należą do niższej warstwy w społeczeństwie. Jak moglibyśmy mieć „muchy w nosie” i pielęgnować w sobie uprzedzenia do kogoś, kto prosi nas o wybaczenie, albo kolejny raz upadł.

Oddaliliśmy się od ducha prawdziwego chrześcijaństwa. Nasze relacje z drugimi często nie są oparte na pokorze, uniżeniu, lecz na demonstrowaniu naszej pseudo-wielkości. Prawdziwą wielkością jest według Ewangelii dobrowolna służba. „Bycie kimś” według świata, zostaje w Ewangelii podporządkowane „byciu dla”, czyli służbie.

Jezus sam o sobie mówi, że jest dosłownie „służący” (Łk 22,7). Maryja, gdy zjawiła się w La Salette, miała na sobie fartuch jako znak gotowości do służby.

Ewangelia zderza się ze światem. W starożytnej Grecji gardzono pracą, do której używano fartucha. Ceniono natomiast sam intelekt. Obyśmy nie ulegli tej mentalności.

Potrzebujemy odnowy, powrotu do źródła. Gdy Jezus będzie w nas żył, wówczas Jego postawy staną się naszymi postawami. Sługa bowiem nie jest większy od swego Pana. Wiedząc to – mówi Pan Jezus – będziemy błogosławieni, czyli szczęśliwi.